Jestem leniwa i mam wszystko gdzieś
Tytuł w sumie sam się tłumaczy.
Przyznam, że zapomniałam zupełnie o swoim oryginalnym pomyśle na tego bloga. I prawdopodobnie nie przypomniałabym sobie o jego istnieniu, gdyby nie cała ta akcja z usuwaniem Google+ i zmuszaniem biednych bloggerowych twórców do przestawiania swoich profili. (Swoją drogą, śmieszna sprawa. Ciekawi mnie tylko jedno: jakim cudem G+ przeżył TAK długo?)
Spojrzałam na datę pierwszego (i jedynego) postu. Październik 2017. Nie tak źle jak na moje standardy.
Nie da się ukryć - mam słomiany zapał do wielu rzeczy naraz. To nie pierwszy raz, gdy coś zaczęłam i nie miałam ochoty tego kontynuować. Mam specjalną teczkę na swoje niedokończone rysunki. Od dwóch lat uparłam się jednak swoje prace kończyć, ale ten proces zajmuje czasem nawet dwa miesiące. W wersjach roboczych na komputerze i w normalnym zeszycie zaczęłam dwa samodzielne pisarskie projekty (a pozostałe trzy nigdy nie ujrzały światła dziennego). Mam od cholery wymyślonych postaci na swoich blogach typu role play, ale sporo z nich ma może dwa, trzy opowiadania, jeśli nie zero. Zaczynam jakąś grę i ostatecznie w jakimś momencie fabuły już mi się nie chce jej kończyć (Final Fantasy XVI odinstalowałam tuż przed ostatnią misją - brakowało mi kilku leveli i po prostu odpuściłam). Uprawiałam kilka różnych sportów - gimnastykę, karate, jazdę konną - przez może rok systematycznych treningów, po czym jakoś tak przestawałam (wyjątek: łucznictwo. Amatorskie, ale jednak. Lubię strzelać). Koło swojego łóżka zorganizowałam specjalną półkę na książki ,,do przeczytania"... jest pełna. Od początku liceum przerobiłam we własnym zakresie może dziesięć nie-lektur, a jak na trzy lata dla kogoś, kto zwykł w tydzień kończyć Future, Zrodzonego z mgły czy Cmętaż zwieżąt to mało. Najlepiej całą tę sytuację podsumowuje fakt, że wśród nieprzeczytanych książek stoi krótka na dwieście stron Pełnia twoich możliwości o motywacji do pracy, którą kupiłam... rok temu.
Chwytam się zbyt wielu rzeczy naraz, to pewne i bardzo dla mnie typowe. Ale gdy ostatnio przyjrzałam się swojemu tempu pracy w liceum, zauważyłam coś ciekawego. To nie tak, że praca mi idzie wolno, bo wszystko robię małymi kroczkami. Nie - wszystko robię skokami, ale między nimi bywają całe tygodnie przerwy. Mogę usiąść nad rysunkiem na dwie godziny i zrobić znaczny postęp, kończąc z myślą ,,Łał, jeszcze jedno takie posiedzenie i finito", ale zamiast wziąć się do roboty następnego dnia, biorę się za to kilka dni później, albo kiedykolwiek poczuję, że chce mi się rysować. I tak samo mam ze wszystkim. Książka? Okej, sto stron na dzisiaj, jak sobie potem o niej przypomnę to kolejno sto i tak do końca. Gra? O, [wstaw przykładowy tytuł]! Ostatni raz odpaliłam to chyba w ferie. Gdzie ja to byłam...? Serial? Odcinek na tydzień jest przereklamowany - preferuję pół sezonu na miesiąc. Opowiadanie? Dobra... napisałam wstęp. Jak coś mi wpadnie do głowy po tygodniu to będzie święto. Zadanie z matmy na korki? Dzisiaj zamknięte, za dwa dni reszta świata. To wszystko to wyraźny dowód na to, że ostatecznie wszystko potrafię dokończyć - potrzebuję tylko obudzić się z nastawieniem ,,Mam ochotę na to i to", na które nie mam już absolutnie żadnego wpływu.
Gdy zaczęła się trzecia klasa liceum spadła na mnie świadomość, że za niedługo już nie będę mogła tak się ze wszystkim gramolić. Jakby nie było, zamierzam iść na studia artystyczne (z naciskiem na grafikę komputerową, więc proszę mi nie kojarzyć z ASP. Brrrr...), a tam pojawią się terminy i jeśli sobie z nimi nie poradzę, po prostu mnie wywalą. A potem zacznie się... (przełyka ciężko) samodzielne życie. Jeśli się nie wezmę w garść teraz, w ostatniej chwili, to kiedy się ogarnę?
Przez całe liceum jestem w dziwnym stanie psychicznym. Z jednej strony uważam te lata za chyba najbardziej owocne w kwestii moich relacji z innymi ludźmi (vive la introwertyzm!), z drugiej za to śmieję się przez łzy, że popełniłam największy błąd w swoim życiu. Wybrałam się na profil matematyczno-informatyczny, bo nie nadawałam się do żadnego innego, po czym okazało się, że moje gimnazjalne ,,bdb" na koniec roku równe było licealnemu ,,dop", i to jeszcze z litości profesora dla moich rozpaczliwych prób ogarnięcia materiału. Czy miało to wpływ na moją produktywność? Zdecydowanie - wracam do domu zmęczona po prostu ,,byciem", równocześnie zdając sobie sprawę, że przecież nic dzisiaj takiego nie robiłam. Na tym etapie nauki, kolokwialnie mówiąc, mam już wszystko tak głęboko w czterech, że tylko cudem mi z gęby nie wystaje. W kwestii matury po prostu się poddałam, co ma być to będzie i koniec. I - co zaskakujące - dzięki temu odnajduję coraz więcej motywacji do pracy nad sobą. Rysuję, piszę, czytam, rysuję, piszę, czytam... robię postępy.
Nikomu oczywiście swojego podejścia nie polecam. Ja jeszcze nie wiem, jak bardzo mi się moje ,,No f-ks given" odbije w przyszłości (a na pewno tak będzie), ale już nie życzę tego losu nikomu. Póki co cieszę się, że jako jedyna wśród moich znajomych nie jadę na antydepresantach. Bez dwóch zdań mam problemy psychiczne, ale bądźmy szczerzy: kto ich nie ma? Wyżaliłam się nad sobą wystarczająco w pierwszej klasie, teraz mogę machać czerwoną płachtą przed nosem matury, bo i tak nie mam nic więcej do stracenia. Matematyka to nie mój konik, który na dodatek zabrał w stajni miejsce rysunkowi i pisarstwu - dwóm dziedzinom, w których czuję się dobrze.
Eh. Sens się gdzieś zgubił. Skręcił w nie ten zjazd za Logicznym Następstwem Argumentów.
Wybaczcie to marnotrawstwo czasu.
Przyznam, że zapomniałam zupełnie o swoim oryginalnym pomyśle na tego bloga. I prawdopodobnie nie przypomniałabym sobie o jego istnieniu, gdyby nie cała ta akcja z usuwaniem Google+ i zmuszaniem biednych bloggerowych twórców do przestawiania swoich profili. (Swoją drogą, śmieszna sprawa. Ciekawi mnie tylko jedno: jakim cudem G+ przeżył TAK długo?)
Spojrzałam na datę pierwszego (i jedynego) postu. Październik 2017. Nie tak źle jak na moje standardy.
Nie da się ukryć - mam słomiany zapał do wielu rzeczy naraz. To nie pierwszy raz, gdy coś zaczęłam i nie miałam ochoty tego kontynuować. Mam specjalną teczkę na swoje niedokończone rysunki. Od dwóch lat uparłam się jednak swoje prace kończyć, ale ten proces zajmuje czasem nawet dwa miesiące. W wersjach roboczych na komputerze i w normalnym zeszycie zaczęłam dwa samodzielne pisarskie projekty (a pozostałe trzy nigdy nie ujrzały światła dziennego). Mam od cholery wymyślonych postaci na swoich blogach typu role play, ale sporo z nich ma może dwa, trzy opowiadania, jeśli nie zero. Zaczynam jakąś grę i ostatecznie w jakimś momencie fabuły już mi się nie chce jej kończyć (Final Fantasy XVI odinstalowałam tuż przed ostatnią misją - brakowało mi kilku leveli i po prostu odpuściłam). Uprawiałam kilka różnych sportów - gimnastykę, karate, jazdę konną - przez może rok systematycznych treningów, po czym jakoś tak przestawałam (wyjątek: łucznictwo. Amatorskie, ale jednak. Lubię strzelać). Koło swojego łóżka zorganizowałam specjalną półkę na książki ,,do przeczytania"... jest pełna. Od początku liceum przerobiłam we własnym zakresie może dziesięć nie-lektur, a jak na trzy lata dla kogoś, kto zwykł w tydzień kończyć Future, Zrodzonego z mgły czy Cmętaż zwieżąt to mało. Najlepiej całą tę sytuację podsumowuje fakt, że wśród nieprzeczytanych książek stoi krótka na dwieście stron Pełnia twoich możliwości o motywacji do pracy, którą kupiłam... rok temu.
Chwytam się zbyt wielu rzeczy naraz, to pewne i bardzo dla mnie typowe. Ale gdy ostatnio przyjrzałam się swojemu tempu pracy w liceum, zauważyłam coś ciekawego. To nie tak, że praca mi idzie wolno, bo wszystko robię małymi kroczkami. Nie - wszystko robię skokami, ale między nimi bywają całe tygodnie przerwy. Mogę usiąść nad rysunkiem na dwie godziny i zrobić znaczny postęp, kończąc z myślą ,,Łał, jeszcze jedno takie posiedzenie i finito", ale zamiast wziąć się do roboty następnego dnia, biorę się za to kilka dni później, albo kiedykolwiek poczuję, że chce mi się rysować. I tak samo mam ze wszystkim. Książka? Okej, sto stron na dzisiaj, jak sobie potem o niej przypomnę to kolejno sto i tak do końca. Gra? O, [wstaw przykładowy tytuł]! Ostatni raz odpaliłam to chyba w ferie. Gdzie ja to byłam...? Serial? Odcinek na tydzień jest przereklamowany - preferuję pół sezonu na miesiąc. Opowiadanie? Dobra... napisałam wstęp. Jak coś mi wpadnie do głowy po tygodniu to będzie święto. Zadanie z matmy na korki? Dzisiaj zamknięte, za dwa dni reszta świata. To wszystko to wyraźny dowód na to, że ostatecznie wszystko potrafię dokończyć - potrzebuję tylko obudzić się z nastawieniem ,,Mam ochotę na to i to", na które nie mam już absolutnie żadnego wpływu.
Gdy zaczęła się trzecia klasa liceum spadła na mnie świadomość, że za niedługo już nie będę mogła tak się ze wszystkim gramolić. Jakby nie było, zamierzam iść na studia artystyczne (z naciskiem na grafikę komputerową, więc proszę mi nie kojarzyć z ASP. Brrrr...), a tam pojawią się terminy i jeśli sobie z nimi nie poradzę, po prostu mnie wywalą. A potem zacznie się... (przełyka ciężko) samodzielne życie. Jeśli się nie wezmę w garść teraz, w ostatniej chwili, to kiedy się ogarnę?
Przez całe liceum jestem w dziwnym stanie psychicznym. Z jednej strony uważam te lata za chyba najbardziej owocne w kwestii moich relacji z innymi ludźmi (vive la introwertyzm!), z drugiej za to śmieję się przez łzy, że popełniłam największy błąd w swoim życiu. Wybrałam się na profil matematyczno-informatyczny, bo nie nadawałam się do żadnego innego, po czym okazało się, że moje gimnazjalne ,,bdb" na koniec roku równe było licealnemu ,,dop", i to jeszcze z litości profesora dla moich rozpaczliwych prób ogarnięcia materiału. Czy miało to wpływ na moją produktywność? Zdecydowanie - wracam do domu zmęczona po prostu ,,byciem", równocześnie zdając sobie sprawę, że przecież nic dzisiaj takiego nie robiłam. Na tym etapie nauki, kolokwialnie mówiąc, mam już wszystko tak głęboko w czterech, że tylko cudem mi z gęby nie wystaje. W kwestii matury po prostu się poddałam, co ma być to będzie i koniec. I - co zaskakujące - dzięki temu odnajduję coraz więcej motywacji do pracy nad sobą. Rysuję, piszę, czytam, rysuję, piszę, czytam... robię postępy.
Nikomu oczywiście swojego podejścia nie polecam. Ja jeszcze nie wiem, jak bardzo mi się moje ,,No f-ks given" odbije w przyszłości (a na pewno tak będzie), ale już nie życzę tego losu nikomu. Póki co cieszę się, że jako jedyna wśród moich znajomych nie jadę na antydepresantach. Bez dwóch zdań mam problemy psychiczne, ale bądźmy szczerzy: kto ich nie ma? Wyżaliłam się nad sobą wystarczająco w pierwszej klasie, teraz mogę machać czerwoną płachtą przed nosem matury, bo i tak nie mam nic więcej do stracenia. Matematyka to nie mój konik, który na dodatek zabrał w stajni miejsce rysunkowi i pisarstwu - dwóm dziedzinom, w których czuję się dobrze.
[W tym momencie przescrollowałam z powrotem do początku i uświadomiłam sobie, że miałam pisać o swoich problemach z motywacją, a skończyło się, jak zwykle, na szkole...]
Eh. Sens się gdzieś zgubił. Skręcił w nie ten zjazd za Logicznym Następstwem Argumentów.
Wybaczcie to marnotrawstwo czasu.
Komentarze
Prześlij komentarz
Krytykować każdy może. Mi ocena nie przeszkadza - nawet zła to zawsze jakaś aktywność, nieprawdaż?